Masz tylko 5 minut na ćwiczenia? Proszę bardzo.

Powiedzmy to sobie od razu wprost: osób, które naprawdę nigdy nie mają więcej niż pięć minut dziennie na ruch, jest bardzo, bardzo niewiele. A długotrwałe pozostawanie w sytuacji, w której codziennie nie ma się nawet pięciu minut tylko dla siebie, wiąże się ostatecznie pewnie z jeszcze większym ryzykiem dla zdrowia, niż brak ruchu. Nie mi oceniać, ale może w takiej sytuacji potrzeba pomocy na bardziej podstawowym poziomie.

Z drugiej strony, wielu z nas na pewno takie totalnie zabiegane dni zdarzają się od czasu do czasu, a może chcielibyśmy jednak tych pięć minut spróbować wcisnąć. No i jeszcze jest cała rzesza osób przekonanych, że absolutnie nie mają czasu na ruch, ale gotowych przyznać, że pięć minut faktycznie dałoby się jakoś wykroić — po czym oczywiście chętnie przeskakują od razu do wniosku, że jak ma być tak krótko, to nie ma po co nawet zaczynać.

No właśnie że nie.

Załóżmy w takim razie, że mówisz mi: logiczko, mam pięć minut dziennie na ćwiczenia i koniec dyskusji. Pokaż, co masz.

Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że ruszając się wyłącznie przez pięć minut dziennie, nie zbudujemy ani formy życia, ani jakoś znacząco nie odwrócimy w ciele zniszczeń wywołanych na przykład siedzącą pracą. Ale możemy natychmiastowo dodać sobie energii, a przede wszystkim: uwierzyć, że można i że się da. I nabrać ochoty na więcej. I czuć się lepiej na koniec najgorszego nawet dnia, bo jednak coś tam udało się dla siebie zrobić. Albo czuć się lepiej na początku trudnego dnia, mając tę odrobinę energii więcej. Może nawet ulżyć trochę plecom albo zmęczonym stopom.

Głównym utrudnieniem w przypadku wymyślania jakiegoś rozsądnego ruchu na pięć minut jest brak czasu na rozgrzewkę. Nie możemy, a przynajmniej nie powinniśmy, bawić się na przykład w krótkie, ale ostre interwały, bo groziłoby to kontuzją. Czyli ćwiczenia raczej łagodne, nieeksplozywne, niepodnoszące tętna za bardzo. Ale też nie ma co przesadzać z traktowaniem siebie jak jajka, bo zrobienie krótkiej serii przysiadów bez obciążenia raczej niczego nam nie naderwie nawet bez porządnej rozgrzewki. (Przy czym pamiętaj, że nie jestem lekarzem. Jestem tylko doktorem 😉 z podstawowym certyfikatem trenerskim.)

Co w takim razie da się zrobić?

Max Shank, 5 minute flow

Bardzo fajnym sposobem na spędzenie pięciu minut jest 5 Minute Flow Maxa Shanka. Link jest do playlisty zaczynającej się od krótkiego wyjaśnienia całego pomysłu. Zasada jest prosta: wprawiamy w łagodny ruch jak najwięcej stawów w jak największej liczbie kierunków. Max proponuje to rano, co jest świetnym pomysłem, ale pięć minut w ciągu dnia też będzie działać. Stawy lubią się ruszać. Mięśniom przydaje się dynamiczne rozciąganie, zwłaszcza rano, w ciągu dnia, i wieczorem. 🙂 Możemy się koncentrować na ruchu odwrotnym do tego, który przeważa w ciągu dnia: czyli jak ramiona, to do tyłu, jak biodra, to rotacja na zewnątrz. Ustawiasz sobie zegarek i lecisz — czego tylko ciało sobie zażyczy. Na koniec Max proponuje dwie szklanki wody, co też jest ważne dla zdrowia stawów.

Blogilates

Nie wiem, czy jest większa gwiazda fitnessu na Youtube; i ten status jest całkowicie zasłużony. Na kanale ma mnóstwo świetnie poprowadzonych zestawów ćwiczeń, sporo z nich jest naprawdę wymagających, co przydaje się, jak już człowiek przejdzie od pięciu minut dziennie do pięćdziesięciu. Co jest całkiem możliwe, bo Cassie jest mistrzynią manerwu “Chodź, to tylko trzy minuty! O, a teraz kolejne trzy. Masz ochotę na jeszcze?”.

Turbo Pilates Series

Otóż to: trzy minuty! Czyli nawet na lekkie rozgrzanie danej partii mięśni wystarczy czasu. Filmów jest sześć, akurat na sześć dni w tygodniu; raz w tygodniu można nawet uznać, że trzeba odpocząć od intensywnych ćwiczeń 😉 i na przykład zrobić pięciominutową jogę z końca tej listy.

5 minute series

Tutaj pięć różnych zestawów. Te już potrafią dać w kość. Radziłabym się przyjrzeć najpierw poszczególnym ćwiczeniom i zdecydować we własnym zakresie, czy czegoś nie rozgrzać przed (nadgarstki na przykład, albo cały posterior chain, czyli ogólnie mówiąc tył ciała).

6 minutes to…

Okej, tutaj oszukuję o minutę, ale to jest właśnie magia kaizen i nawyków: jak już się człowiek wkręci w poprzednie dwie rundy, to tej dodatkowej minuty nawet nie zauważy. Ba, może nawet zacząć mieć na nią ochotę.

Yoga with Adriene, Yoga quickies

Adriene z kolei proponuje cały zestaw pięciominutowych sekwencji jogi na każdą porę dnia i każdą okazję (kilka z nich ma po dziesięć minut, sue me). Nieraz ratowały mnie późnym wieczorem w moim postanowieniu, że codziennie będę ćwiczyć chociaż odrobinę jogi (to już ponad 2,5 roku!). Przydają się zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba trochę uspokoić głowę i serce, a energiczne ćwiczenia mogłyby tylko rozedrgać człowieka jeszcze bardziej.

Powyższe propozycje to tylko ułamek możliwości, które daje pozwolenie sobie na spędzenie pięciu minut w ruchu. I naprawdę, naprawdę warto.

Reklamy

Dom jednowarstwowy

Jak to jest wychowywać się w domu, w którym nie ma żadnych niepotrzebnych rzeczy? W którym nie ma stosów książek, bo rodzice czytają tylko elektronicznie? W którym nie ma starych sukienek mamy, w które można się po kryjomu stroić? W którym nie ma starych zeszytów szkolnych taty, w których można było odkryć, że wcale nie miał samych piątek? Skąd brać stary sweter i skrawki materiałów do nauki robótek, jeśli wszystkie ciotki pozbywają się wszystkiego, czego przez ostatni rok nie używały?

Nie znam chyba nikogo, kto wychował się w takim w pełni minimalistycznym domu, całkiem bez gratów i rupieci. Ale wszyscy ci znajomi, którzy teraz uparcie pozbywają się narastających w ich otoczeniu warstw, być może nie zmienią przyzwyczajeń, a zostaną przecież kiedyś rodzicami i dziadkami, już bez szaf i schowków pełnych skarbów.

Odkrywanie nowych książek w bibliotece było super, spędzałam tam całe popołudnia — ale równie dobrze, jeśli nie lepiej, smakowało wyciąganie ich z regałów rodziców, z wiedzą, że to właśnie tę książkę tata czytał na studiach, a tę drugą czytała nastoletnia mama, kiedy obiecywała sobie, że imiona jej bohaterów nada kiedyś swoim dzieciom. W mieszkaniu, w którym wychował się mój ojciec, odkrywałam w szufladach stosy proporczyków i medali z młodzieżowych zawodów sportowych, i fascynujące cyrkle stryja. Cóż, może dzieci przyszłości będą wychowywać się w świecie, w którym cyrkle nie będą już dla nikogo fascynujące?

Pamiętam wczesnonastoletnie wakacje spędzone na czytaniu znalezionych na strychu letniska starych Filipinek. A jeszcze wcześniej stos numerów Poradnika Domowego na stoliku w letnim domu babci. W każdym z domów mojego dzieciństwa zawsze leżała gdzieś sterta czegoś kolorowego do czytania; może tak właśnie mimochodem wychowywało się dzieci, które potem, uzależnione od czytania, przekręcały w swoją stronę słoik z dżemem, żeby podczas wspólnego posiłku poczytać chociaż o jego składnikach. U babci odkrywało się też kartki żywnościowe starsze od nas i sznury nienoszonych już korali pamiętających czasy, kiedy dziadkowie się poznali. Moja przyjaciółka ostatnio odziedziczyła po zmarłej babci pamiętnik sprzed pięćdziesięciu lat; poznała w nim osobę, której nie miała szansy spotkać inaczej.

Jak wyglądałyby nasze wspomnienia i nasze dzieciństwo, gdyby tych wszystkich przedmiotów nie było, gdyby nie było w czym grzebać i czego odkrywać? Gdyby na przykład babcia mojej przyjaciółki wszystkie swoje pamiętniki po prostu wyrzuciła?

 

Odkrycie miesiąca: złote mleko

Dwa tysiące siedemnasty, który dla mnie przejdzie do historii jako Rok Pięciu Miast i Licznych Przeprowadzek, nie dał mi zbyt wielu okazji do porządnego gotowania. W tym roku może się to nareszcie zmienić, czas więc na odgrzebywanie tych wszystkich przepisów zapisanych gdzieś w kącie na wieczne niespróbowanie.

Na pierwszy ogień poszło złote mleko, o którym wiedziałam i myślałam już od dawna, ale jakoś nigdy się nie chciało; zwłaszcza że tradycyjne przepisy każą kręcić jakąś pastę z kurkumy. Aż w grudniu wpadł mi w ręce (ekran) przepis, który był jak stworzony dla mnie, czyli kogoś, czyja półka z przyprawami ma tendencję do rośnięcia w geometrycznym tempie.

Przepis z My New Roots idzie tak: 

półtorej łyżeczki kurkumy

pół łyżeczki imbiru

ćwierć łyżeczki cynamonu

po szczypcie: czarnego pieprzu, kardamonu, goździków, gałki muszkatołowej, anyżu (gwiaździstego), kolendry (nasiona)

(Na stronie, do której linkuję, jest też przepis na wersję hurtową do ukręcenia na zapas — warto. A i proporcje jakieś lepsze. I można potem na przykład dosypać sobie przypraw do owsianki albo nawet obiadu.)

Podgrzewasz dowolne mleko prawie do zagotowania (moim kompromisem między smakiem a ekonomią jest owsiane albo orkiszowe), zdejmujesz z gazu (ważne! żeby nie przegrzać przypraw), i dodajesz przyprawy, na przykład ubijając jakąś ubijaczką.

Potem idzie trochę oleju kokosowego (z masłem kakaowym też było fajne) i trochę miodu albo innego słodkiego. I tyle. Mieszasz, pijesz. Robi się ciepło i dobrze. W tej wersji złote mleko jest dosyć pikantne i bardzo charakterne, zwłaszcza jeśli się wrzuci całą łyżkę przypraw, a nie pół, co zdecydowanie polecam.

I już ta wersja jest super, ale znalazłam sposób na modyfikację, której efekt w zasadzie można by nazwać ambrozją. Wystarczy zamiast miodu czy syropu wrzucić do mleka pół banana i potraktować porządnym blenderem. Moja przyjaciółka ma tak porządny, że produkt końcowy był po prostu pyszną, rozgrzewającą chmurką.

Serio, naprawdę warto. Świat musi się o tym dowiedzieć.

Golden milk

Not Failing at Life

W całym internecie tematem miesiąca jest ulepszanie życia i zmienianie nawyków, co w gruncie rzeczy całkowicie odpowiada nazwie i zakładanemu tematowi tego bloga — który wszak nazywa się Lepiej, bo o to właśnie ulepszanie mi chodziło. W takim razie powinnam może od pierwszego wyrabiać tutaj normę i oświecać kogo popadnie.

Ale, no właśnie, czynienie własnego życia lepszym i bardziej dla mnie wartościowym pochłonęło mnie na tyle, że na udawanie, że mam jakieś przydatne słowa do zaoferowania jakiejkolwiek publiczności, nie bardzo starcza już miejsca w głowie oraz po prostu w ciągu dnia. Ale może jednak, bez ciśnienia na wynik, porozmawiamy sobie dzisiaj o tym, jak w najogólniejszym zarysie walczę o to swoje lepsze życie — a przynajmniej w tym zakresie, powiedzmy, higieniczno-rozwojowym.

Czynienie życia lepszym i intelektualnie wartościowym doczekało się w naszym nowym domu własnego czasownika: NFL’ing, czyli: Not Failing at Life. Można chyba powiedzieć: niezawalanie. Robienie wszystkich tych rzeczy, które robić byśmy chcieli, przy jednoczesnym niemarnowaniu czasu na głupoty. Nie mylić z napieprzaniem dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo nie o to chodzi; dla mnie na przykład robienie na drutach przy muzyce jak najbardziej się tutaj liczy.

NFL’ing ma dwa główne elementy.

Pierwszy, powierzchowny, to prosta tabelka, w której wypisane są wszystkie te rzeczy, które chciałabym robić codziennie: jakieś sprawy związane z pracą (tutaj “codziennie” oznacza dni robocze, bo walkę o weekendy dla życia wygrałam już dawno temu), kilka rzeczy dla zdrowia — medytacja, joga, rozciąganie kilku problematycznych mięśni — i uczenie się małymi krokami kilku umiejętności. I codziennie mogę odhaczyć to, co udało się zrobić.

Tabelka daje jasny plan minimum: jak zrobisz to, to, i to, nawet w minimalnym zakresie, to dzień liczy się jako niezawalony życiowo. Ten minimalny zakres jest tutaj szczególnie ważny, bo dzięki temu nie ma się poczucia, że stawiamy sobie jakieś przerażające wymagania. Tej metody akurat nauczyłam się, czytając o kaizen. Czyli zamiast obiecywać sobie, że codziennie nauczę się dwudziestu nowych słówek, pozwalam sobie czuć się dobrze z pięcioma. Do nauki kolejnych piętnastu popycha mnie satysfakcja z tego, że codziennie udaje mi się wypełnić ten plan minimum. Mamy tutaj fajne połączenie kaizen i metody nieprzerwanego łańcucha: jak sobie codziennie stawiasz krzyżyk, to im dłuższy ten łańcuch, tym trudniej przychodzi odpuszczenie sobie (dzięki temu od ponad dwóch lat nie opuściłam ani jednego dnia w praktyce jogi, mimo że przez większość tego czasu nic sobie nawet nigdzie nie odhaczałam).

Domyślam się, że dla osób nie oddychającyh miłością do tabelek i list posiadanie tabelki na codzienne życie brzmi jak najcięższe stadium szaleństwa. Ale u mnie się to sprawdza, bo lubię sobie odhaczać punkty na listach. I wiem, że jest nas takich więcej.

Problem mógłby pojawić się wtedy, gdyby sama tabelka i zapełnianie kolejnych kwadratów stały się celem samym w sobie, a jakość zmieniłaby się w ilość. Czyli na przykład mechanicznie przerzucałabym materiały do nauki języka, byle tylko zaliczyć to kaizenowe minimum. I tutaj wchodzi drugi, dużo ważniejszy element, czyli pełna i jasna świadomość tego, jakie są nasze wartości i marzenia. Bo tylko wtedy wiem, czy to, co właśnie robię, jest tylko markowaniem, czy faktycznie przybliża mnie do pierwotnego celu. Uczenie się słówek nie jest celem, tylko środkiem do celu, którym jest nauczenie się języka. A w sumie to ostatecznym celem nie jest nawet nauczenie się języka samo w sobie, tylko jakieś konkretne rzeczy, na których robieniu mi naprawdę zależy (w moim przypadku np. czytanie do pracy prywatnych notatek niektórych filozofów, albo przeczytanie pewnej konkretnej powieści, która póki co istnieje tylko w dwóch językach, których się uczę).

To jest strasznie irytujące czasem, ale naprawdę te proste i banalne prawdy są faktycznie prawdami. Jeśli się ma cel zgodny z ważnymi dla nas wartościami, to i ochota na robienie nie po łebkach różnych rzeczy do tego celu prowadzących sama się znajduje. Oczywiście wiedza, czego tak naprawdę chcemy, nie przychodzi łatwo. Ale naprawdę warto poświęcić trochę czasu na pogrzebanie sobie w duszy, bo potem może się okazać, że reszta pójdzie już z górki.

A gdyby został ci rok życia?

To chyba taki popularny myślowy eksperyment: wyobraź sobie, że został ci rok życia. Co byś zmienił, co byś z tym czasem zrobiła? Odpowiedź na to pytanie ma jakoś pokazywać, co jest dla nas naprawdę ważne i czym powinniśmy w takim razie wypełniać swoje życie, żeby być naprawdę w zgodzie ze sobą.

Czy jeśli mam pięć minut na zrobienie kolacji, to zacznę gotować zupę z pieczonych warzyw? Nie, bo nawet nie zdążę w tych pięć minut włożyć ich do piekarnika; w pięć minut to może mogę zrobić jajecznicę. Czy to znaczy że jajecznica jest moim najukochańszym daniem, które powinnam jeść już zawsze i wszędzie? Nie, nie znaczy.

Jasne, że gdyby został mi rok życia, to rzuciłabym pracę w cholerę i ruszyła w podróż po świecie, odwiedzając wszystkich przyjaciół. Ale wyciąganie z tego wniosku, że podróże po świecie z przyjaciółmi powinny być główną treścią mojego życia, jest już mocno naciągane. Na przykład moja życiowa pasja może mieć to do siebie, że do pewnych rzeczy dochodzi się w niej latami, a na satysfakcję, sukces i poczucie sensu trzeba sobie porządnie zapracować. A jeśli nie rzuciłabym się do pisania tej genialnej powieści, którą być może noszę w sobie, to nie dlatego, że tak naprawdę to nie jest moje wielkie marzenie, tylko że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, a rok może być na to obiektywnie za krótki.

Mając już tylko dwanaście miesięcy, wybierzemy po prostu rzeczy, które przynoszą natychmiastową satysfakcję, przyjemność, która nie wymaga pracowania na nią latami. To wcale nie musi znaczyć, że w jakiś sposób taki wybór odzwierciedla wszystkie nasze marzenia i wartości.

To, co tutaj piszę, nie znaczy koniecznie, że nie zgadzam się z chyba dominującym poglądem, że czas spędzony z bliskimi ludźmi, głębokie związki, są najważniejszą rzeczą w życiu. Może są, może nie są; najbliżej prawdy jesteśmy pewnie mówiąc: to zależy kiedy i dla kogo. Ja tylko mówię, że trudno przeżyć całe życie na samej jajecznicy.

Trzy lata z czytnikiem

Jak wiadomo, każdy minimalista na początku swojej drogi ku prostocie pozbył się większości książek, kupił elektroniczny czytnik i cieszy się przestrzenią w domu, lekkim bagażem i łatwymi przeprowadzkami. Nie przywiązuje się do książek, bo wie, że wartościowa jest ich treść, a nie opakowanie.

Cóż, w takim razie ja test na minimalizm zawaliłam z góry do dołu. W przyszłym tygodniu miną trzy lata, odkąd kupiłam swój czytnik ebooków. Czy automatycznie przestałam kupować i czytać papierowe książki?

Zacznijmy od twardych liczb. Kindla kupiłam w sierpniu 2014 roku, spójrzmy więc na kolejne pełne lata. W 2015 roku 68% przeczytanych książek czytałam w formie elektronicznej. W 2016 było to 58%, a w tym roku do tej pory tylko 28% książek przeczytałam na czytniku. Tendencja jest zatem wyraźnie spadkowa. Co więcej, wcale nie jest tak, że na papierze czytam tylko pojedyncze książki pożyczone od znajomych czy z biblioteki; tych 32% dwa lata temu to piętnaście książek. Te liczby dobrze też odzwierciedlają moje zakupy, bo co najmniej 70-80% czytanych książek kupuję sama.

Czytanie książki i ebooka to dwa zupełnie różne rodzaje czytania i czasem ma się ochotę na jedno, a czasem na drugie — tak samo jak powieść nigdy nie zastąpi reportażu i na odwrót. I moje doświadczenie jest takie, że wcale nie jest tak, że kindle daje jakieś super nowe możliwości, których nagle zaczyna nam brakować w papierowych książkach. Prawie nie korzystam z dodatkowych funkcji. Przez te trzy lata sprawdziłam może z dziesięć słów we wbudowanym słowniku. Czasem dodaję zakładki albo coś podkreślam, ale jeszcze nigdy do tych podkreśleń nie wróciłam, więc w sumie są bezużyteczne.

Zalety:

— Można czytać bez światła, co bardzo przydaje się przy dzieleniu pokoju/łóżka z innymi osobami oraz przy problemach z bezsennością. Jeśli budzę się w środku nocy i potrzebuję zająć galopujący umysł czytaniem, nie muszę włączać do tego światła, które by mnie dodatkowo rozbudziło.
— Nie muszę już wozić dziesiątek książek z Polski; dużo łatwiej jest mi utrzymać kontakt z językiem. I jeśli mam ochotę przeczytać jakąś polską książkę, nie muszę już czekać do kolejnego wyjazdu. Dzięki Wolnym Lekturom nadrabiam zaległości w polskiej klasyce.
— Podróże, oczywiście. Nie tylko jeśli chodzi o wagę bagażu, ale też o to, że mam zawsze wybór. Jednak w praktyce z samym kindlem wyjeżdżam tylko, jeśli wiem, że na miejscu i tak będę odwiedzać księgarnie.

Wady:

— Ebookami nie mogę wymieniać się w partnerem, a to właśnie z nim najczęściej wymieniam się książkami. Mój chłopak jest wielkim przeciwnikiem czytników i nie daje się namówić nawet na czytanie na moim, o kupnie własnego nie wspominając.
— Nie da się na szybko kartkować książek, żeby znaleźć jakiś fragment. Jeśli nie wiem, jakich kluczowych słów szukam, skazana jestem na przerzucanie tekstu strona po stronie, co trwa sto lat.
— Zaskakująca ilość wydań elektronicznych jest niedopracowana. Treść przypisów wrzucona w środek głównego tekstu bez jakiegokolwiek formatowania, literówki, niewyświetlające się ilustracje zdarzają się dużo częściej, niż powinny. Często tekst jest nieładnie rozrzucony po stronie, a prawy brzeg tekstu nierówny.
— Nie da się kupować używanych książek. Trudniej o starsze publikacje.
— Mam wrażenie, że na czytniku bardziej “połykam” książki, że czytam szybciej i trochę mniej uważnie. Być może to przez mniejszą ilość tekstu na stronie. To trochę jak oglądanie krajobrazu podczas jazdy pociągiem: jeśli mamy do dyspozycji tylko wąską szparę w oknie, nie zobaczymy całej panoramy na raz.

No i teraz czas na powrót do wyjściowego pytania: czy sam zakup czytnika sprawił, że zaczęłam kupować mniej książek papierowych? Na początku trochę tak, ale szybko mi przeszło.

Duży wpływ na stan rzeczy ma tutaj cena. O ile polskie książki są tanie (a promocji na wersje elektroniczne jest od groma; nie umiem im się oprzeć mimo że wiem, że psują rynek), to na Amazonie ebooki wcale już tak tanie nie są. Na dodatek mam dobry dostęp do używanych książek po angielsku, więc chętnie omijam Amazona (sumienie się cieszy) i kupuję w księgarniach.

Ogólny wniosek jest niezaskakujący: dostęp do książek elektronicznych nie jest żadną magiczną różdżką, która wyzwala nas z nałogu kupowania papierowych książek i otaczania się nimi w domu i zagrodzie. Tą magiczną różdżką mogą być tylko i wyłącznie zmiany w głowie (albo w zarobkach, ale tego nikomu nie życzę). Sam czytnik jest tylko i aż miłym towarzyszem dużo podróżującego emigranta.

Jak się spakować w 15 minut

To trochę tak, jak w poprzednim wpisie: są ludzie, którzy chwycą trzy rzeczy na krzyż i będą gotowi do drogi; i są ludzie, którzy pakowanie bagażu na dowolny wyjazd zamieniają w rozbudowaną strategicznie operację. Zdarza się, że na spakowanie się na weekendowy wyjazd mam właśnie 10-15 minut, albo tyle czasu chcę na to poświęcić. W czasach, kiedy mieszkaliśmy z chłopakiem 200 km od siebie, pospieszne pakowanie się przed pracą w piątek było standardem i wtedy właśnie opracowałam swoją idealną metodę. Nie jest to oczywiście nic rewolucyjnego.

Wszystko w gruncie rzeczy sprowadza się do wyobrażenia sobie po kolei tego, co będę podczas wyjazdu robić — i wkładania do torby rzeczy, które będą to tego potrzebne. A że życie jest w gruncie rzeczy mocno powtarzalne, to zwykle wystarczy mieć w głowie listę żelaznych pytań i po 2-3 możliwe odpowiedzi na nie.

NIE skupiam się na wyobrażaniu sobie każdej możliwej sytuacji — myślę tylko o tym, co typowe. Jeśli przydarzy się coś niespodziewanego, to wtedy będę się tym martwić. I — przypadek? — jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zalać sokiem jedynych spakowanych spodni, albo przemoczyć jedynego swetra.

Wygląda to mniej więcej tak:

Kosmetyki: Tutaj myślenie wyeliminowałam całkowicie. Mała kosmetyczka leży zawsze gotowa do zabrania; są w niej wszystkie używane na co dzień kosmetyki przelane do niewielkich pojemników, szczoteczka do zębów, zapasowa gumka do włosów, mini pilniczek. Czasem dorzucam jakieś bonusy z łazienki, albo dodaję więcej płynu do mycia całego człowieka, jeśli ma go wystarczyć na więcej niż trzy dni. Z nocnego stolika zgarniam balsam do ust i stopery. (2 min)

(Uwaga: tutaj trzeba być jednak zdyscyplinowanym i uzupełniać wszystko zaraz po powrocie. Niedawno zdarzyło mi się wylądować w hotelu bez pasty do zębów, bo na poprzednim wyjeździe się skończyła i nie uzupełniłam.)

Ubrania: Jaka będzie pogoda? Punktem wyjścia jest ubranie adekwatne to tej właśnie pogody, które będę mieć na sobie w dniu wyjazdu. Jak się ma mniej więcej opracowany uniform na każdą pogodę, to myślenie nie zajmuje tutaj zbyt wiele czasu.

Które elementy trzeba będzie wymienić kolejnego dnia? Bielizna, skarpety, koszulka — więc to idzie to plecaka. Poza wyjątkowymi sytuacjami (bardziej oficjalna konferencja, jakieś wyjścia do teatru) nie pakuję ubrań, które piorę po jednym założeniu, a których ręcznie nie przepiorę w hotelu: sukienek, koszul. Wszystko musi być albo łatwo schnące, albo wielorazowego użytku. Naprawdę można trzy dni z rzędu chodzić w tych samych spodniach i swetrze, wymieniając lub piorąc brudzący się drobiazg. (4 min)

Sport: Tutaj zadaję sobie trzy pytania: czy będę mieć czas na porządną praktykę jogi, czy mam w bagażu miejsce na matę i ręczniki, i czy będę robić coś jeszcze poza jogą. Weekendowa wersja mini to mikro szorty i koszulka plus podłoga na miejscu — wystarcza na krótką praktykę. Jeśli weekend jest w okolicznościach przyrody, dochodzą buty i bielizna do biegania. (2 min)

Czytanie, elektronika, praca: Znowu proste pytania: czy i ile będę pracować (=komputer, papiery), czy i ile będę pisać (znowu komputer), ile będę mieć czasu na czytanie (=książka, książki, tylko czytnik?). (2 min, o ile nie zawieszę się na rozmyślaniu, na którą książkę mam właśnie ochotę 😉)

Dochodzą jeszcze rzeczy, które robię codziennie i szybkie pytanie: jak mogę robić je z minimalną ilością rekwizytów. W tej kategorii jest nauka języka, medytacja, pamiętnik, kartka, na której sobie co wieczór odhaczam różne rzeczy. Jeśli mam miejsce w plecaku, wezmę podręcznik, jeśli nie — tylko listę słówek, etc. Potrzebne przedmioty są zawsze pod ręką i w tym samym miejscu. (1 min)

Wystarczy dorzucić kable od spakowanej elektroniki (1 min) i butelkę wody (1 min), poświęcić 2 minuty na ułożenie wszystkiego i właśnie spakowałam się w niecałe piętnaście minut.