A gdyby został ci rok życia?

To chyba taki popularny myślowy eksperyment: wyobraź sobie, że został ci rok życia. Co byś zmienił, co byś z tym czasem zrobiła? Odpowiedź na to pytanie ma jakoś pokazywać, co jest dla nas naprawdę ważne i czym powinniśmy w takim razie wypełniać swoje życie, żeby być naprawdę w zgodzie ze sobą.

Czy jeśli mam pięć minut na zrobienie kolacji, to zacznę gotować zupę z pieczonych warzyw? Nie, bo nawet nie zdążę w tych pięć minut włożyć ich do piekarnika; w pięć minut to może mogę zrobić jajecznicę. Czy to znaczy że jajecznica jest moim najukochańszym daniem, które powinnam jeść już zawsze i wszędzie? Nie, nie znaczy.

Jasne, że gdyby został mi rok życia, to rzuciłabym pracę w cholerę i ruszyła w podróż po świecie, odwiedzając wszystkich przyjaciół. Ale wyciąganie z tego wniosku, że podróże po świecie z przyjaciółmi powinny być główną treścią mojego życia, jest już mocno naciągane. Na przykład moja życiowa pasja może mieć to do siebie, że do pewnych rzeczy dochodzi się w niej latami, a na satysfakcję, sukces i poczucie sensu trzeba sobie porządnie zapracować. A jeśli nie rzuciłabym się do pisania tej genialnej powieści, którą być może noszę w sobie, to nie dlatego, że tak naprawdę to nie jest moje wielkie marzenie, tylko że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, a rok może być na to obiektywnie za krótki.

Mając już tylko dwanaście miesięcy, wybierzemy po prostu rzeczy, które przynoszą natychmiastową satysfakcję, przyjemność, która nie wymaga pracowania na nią latami. To wcale nie musi znaczyć, że w jakiś sposób taki wybór odzwierciedla wszystkie nasze marzenia i wartości.

To, co tutaj piszę, nie znaczy koniecznie, że nie zgadzam się z chyba dominującym poglądem, że czas spędzony z bliskimi ludźmi, głębokie związki, są najważniejszą rzeczą w życiu. Może są, może nie są; najbliżej prawdy jesteśmy pewnie mówiąc: to zależy kiedy i dla kogo. Ja tylko mówię, że trudno przeżyć całe życie na samej jajecznicy.

Trzy lata z czytnikiem

Jak wiadomo, każdy minimalista na początku swojej drogi ku prostocie pozbył się większości książek, kupił elektroniczny czytnik i cieszy się przestrzenią w domu, lekkim bagażem i łatwymi przeprowadzkami. Nie przywiązuje się do książek, bo wie, że wartościowa jest ich treść, a nie opakowanie.

Cóż, w takim razie ja test na minimalizm zawaliłam z góry do dołu. W przyszłym tygodniu miną trzy lata, odkąd kupiłam swój czytnik ebooków. Czy automatycznie przestałam kupować i czytać papierowe książki?

Zacznijmy od twardych liczb. Kindla kupiłam w sierpniu 2014 roku, spójrzmy więc na kolejne pełne lata. W 2015 roku 68% przeczytanych książek czytałam w formie elektronicznej. W 2016 było to 58%, a w tym roku do tej pory tylko 28% książek przeczytałam na czytniku. Tendencja jest zatem wyraźnie spadkowa. Co więcej, wcale nie jest tak, że na papierze czytam tylko pojedyncze książki pożyczone od znajomych czy z biblioteki; tych 32% dwa lata temu to piętnaście książek. Te liczby dobrze też odzwierciedlają moje zakupy, bo co najmniej 70-80% czytanych książek kupuję sama.

Czytanie książki i ebooka to dwa zupełnie różne rodzaje czytania i czasem ma się ochotę na jedno, a czasem na drugie — tak samo jak powieść nigdy nie zastąpi reportażu i na odwrót. I moje doświadczenie jest takie, że wcale nie jest tak, że kindle daje jakieś super nowe możliwości, których nagle zaczyna nam brakować w papierowych książkach. Prawie nie korzystam z dodatkowych funkcji. Przez te trzy lata sprawdziłam może z dziesięć słów we wbudowanym słowniku. Czasem dodaję zakładki albo coś podkreślam, ale jeszcze nigdy do tych podkreśleń nie wróciłam, więc w sumie są bezużyteczne.

Zalety:

— Można czytać bez światła, co bardzo przydaje się przy dzieleniu pokoju/łóżka z innymi osobami oraz przy problemach z bezsennością. Jeśli budzę się w środku nocy i potrzebuję zająć galopujący umysł czytaniem, nie muszę włączać do tego światła, które by mnie dodatkowo rozbudziło.
— Nie muszę już wozić dziesiątek książek z Polski; dużo łatwiej jest mi utrzymać kontakt z językiem. I jeśli mam ochotę przeczytać jakąś polską książkę, nie muszę już czekać do kolejnego wyjazdu. Dzięki Wolnym Lekturom nadrabiam zaległości w polskiej klasyce.
— Podróże, oczywiście. Nie tylko jeśli chodzi o wagę bagażu, ale też o to, że mam zawsze wybór. Jednak w praktyce z samym kindlem wyjeżdżam tylko, jeśli wiem, że na miejscu i tak będę odwiedzać księgarnie.

Wady:

— Ebookami nie mogę wymieniać się w partnerem, a to właśnie z nim najczęściej wymieniam się książkami. Mój chłopak jest wielkim przeciwnikiem czytników i nie daje się namówić nawet na czytanie na moim, o kupnie własnego nie wspominając.
— Nie da się na szybko kartkować książek, żeby znaleźć jakiś fragment. Jeśli nie wiem, jakich kluczowych słów szukam, skazana jestem na przerzucanie tekstu strona po stronie, co trwa sto lat.
— Zaskakująca ilość wydań elektronicznych jest niedopracowana. Treść przypisów wrzucona w środek głównego tekstu bez jakiegokolwiek formatowania, literówki, niewyświetlające się ilustracje zdarzają się dużo częściej, niż powinny. Często tekst jest nieładnie rozrzucony po stronie, a prawy brzeg tekstu nierówny.
— Nie da się kupować używanych książek. Trudniej o starsze publikacje.
— Mam wrażenie, że na czytniku bardziej “połykam” książki, że czytam szybciej i trochę mniej uważnie. Być może to przez mniejszą ilość tekstu na stronie. To trochę jak oglądanie krajobrazu podczas jazdy pociągiem: jeśli mamy do dyspozycji tylko wąską szparę w oknie, nie zobaczymy całej panoramy na raz.

No i teraz czas na powrót do wyjściowego pytania: czy sam zakup czytnika sprawił, że zaczęłam kupować mniej książek papierowych? Na początku trochę tak, ale szybko mi przeszło.

Duży wpływ na stan rzeczy ma tutaj cena. O ile polskie książki są tanie (a promocji na wersje elektroniczne jest od groma; nie umiem im się oprzeć mimo że wiem, że psują rynek), to na Amazonie ebooki wcale już tak tanie nie są. Na dodatek mam dobry dostęp do używanych książek po angielsku, więc chętnie omijam Amazona (sumienie się cieszy) i kupuję w księgarniach.

Ogólny wniosek jest niezaskakujący: dostęp do książek elektronicznych nie jest żadną magiczną różdżką, która wyzwala nas z nałogu kupowania papierowych książek i otaczania się nimi w domu i zagrodzie. Tą magiczną różdżką mogą być tylko i wyłącznie zmiany w głowie (albo w zarobkach, ale tego nikomu nie życzę). Sam czytnik jest tylko i aż miłym towarzyszem dużo podróżującego emigranta.

Jak się spakować w 15 minut

To trochę tak, jak w poprzednim wpisie: są ludzie, którzy chwycą trzy rzeczy na krzyż i będą gotowi do drogi; i są ludzie, którzy pakowanie bagażu na dowolny wyjazd zamieniają w rozbudowaną strategicznie operację. Zdarza się, że na spakowanie się na weekendowy wyjazd mam właśnie 10-15 minut, albo tyle czasu chcę na to poświęcić. W czasach, kiedy mieszkaliśmy z chłopakiem 200 km od siebie, pospieszne pakowanie się przed pracą w piątek było standardem i wtedy właśnie opracowałam swoją idealną metodę. Nie jest to oczywiście nic rewolucyjnego.

Wszystko w gruncie rzeczy sprowadza się do wyobrażenia sobie po kolei tego, co będę podczas wyjazdu robić — i wkładania do torby rzeczy, które będą to tego potrzebne. A że życie jest w gruncie rzeczy mocno powtarzalne, to zwykle wystarczy mieć w głowie listę żelaznych pytań i po 2-3 możliwe odpowiedzi na nie.

NIE skupiam się na wyobrażaniu sobie każdej możliwej sytuacji — myślę tylko o tym, co typowe. Jeśli przydarzy się coś niespodziewanego, to wtedy będę się tym martwić. I — przypadek? — jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zalać sokiem jedynych spakowanych spodni, albo przemoczyć jedynego swetra.

Wygląda to mniej więcej tak:

Kosmetyki: Tutaj myślenie wyeliminowałam całkowicie. Mała kosmetyczka leży zawsze gotowa do zabrania; są w niej wszystkie używane na co dzień kosmetyki przelane do niewielkich pojemników, szczoteczka do zębów, zapasowa gumka do włosów, mini pilniczek. Czasem dorzucam jakieś bonusy z łazienki, albo dodaję więcej płynu do mycia całego człowieka, jeśli ma go wystarczyć na więcej niż trzy dni. Z nocnego stolika zgarniam balsam do ust i stopery. (2 min)

(Uwaga: tutaj trzeba być jednak zdyscyplinowanym i uzupełniać wszystko zaraz po powrocie. Niedawno zdarzyło mi się wylądować w hotelu bez pasty do zębów, bo na poprzednim wyjeździe się skończyła i nie uzupełniłam.)

Ubrania: Jaka będzie pogoda? Punktem wyjścia jest ubranie adekwatne to tej właśnie pogody, które będę mieć na sobie w dniu wyjazdu. Jak się ma mniej więcej opracowany uniform na każdą pogodę, to myślenie nie zajmuje tutaj zbyt wiele czasu.

Które elementy trzeba będzie wymienić kolejnego dnia? Bielizna, skarpety, koszulka — więc to idzie to plecaka. Poza wyjątkowymi sytuacjami (bardziej oficjalna konferencja, jakieś wyjścia do teatru) nie pakuję ubrań, które piorę po jednym założeniu, a których ręcznie nie przepiorę w hotelu: sukienek, koszul. Wszystko musi być albo łatwo schnące, albo wielorazowego użytku. Naprawdę można trzy dni z rzędu chodzić w tych samych spodniach i swetrze, wymieniając lub piorąc brudzący się drobiazg. (4 min)

Sport: Tutaj zadaję sobie trzy pytania: czy będę mieć czas na porządną praktykę jogi, czy mam w bagażu miejsce na matę i ręczniki, i czy będę robić coś jeszcze poza jogą. Weekendowa wersja mini to mikro szorty i koszulka plus podłoga na miejscu — wystarcza na krótką praktykę. Jeśli weekend jest w okolicznościach przyrody, dochodzą buty i bielizna do biegania. (2 min)

Czytanie, elektronika, praca: Znowu proste pytania: czy i ile będę pracować (=komputer, papiery), czy i ile będę pisać (znowu komputer), ile będę mieć czasu na czytanie (=książka, książki, tylko czytnik?). (2 min, o ile nie zawieszę się na rozmyślaniu, na którą książkę mam właśnie ochotę 😉)

Dochodzą jeszcze rzeczy, które robię codziennie i szybkie pytanie: jak mogę robić je z minimalną ilością rekwizytów. W tej kategorii jest nauka języka, medytacja, pamiętnik, kartka, na której sobie co wieczór odhaczam różne rzeczy. Jeśli mam miejsce w plecaku, wezmę podręcznik, jeśli nie — tylko listę słówek, etc. Potrzebne przedmioty są zawsze pod ręką i w tym samym miejscu. (1 min)

Wystarczy dorzucić kable od spakowanej elektroniki (1 min) i butelkę wody (1 min), poświęcić 2 minuty na ułożenie wszystkiego i właśnie spakowałam się w niecałe piętnaście minut.

 

Duża torba, mała torebka

Co różni osoby, które wiecznie noszą ze sobą zawartość prawie wszystkich domowych szuflad, i osoby, które potrafią wyjść z domu tylko z kluczami i portfelem w kieszeni? Potrzeba bycia przygotowanym na każdą ewentualność? Budowanie wokół siebie namiastki domu, jakiejś swojej przestrzeni, w której czujemy się bezpiecznie?

Ale też może budowanie jakiejś wizji siebie? Na przykład noszenie ze sobą wszędzie książki do gramatyki albo słówek, bo wydaje nam się, że w ciągu dnia na pewno uda nam się znaleźć chwilę na powtórki. Przez cały czerwiec nosiłam ze sobą wszędzie repetytorium gramatyki czeskiej, które otworzyłam ze dwa razy. Mój chłopak nie potrafi wyjechać z domu nawet na weekend bez wielkiej teczki z zeszytami do pracy i co najmniej dwóch-trzech książek; nawet jeśli doskonale wie, że będziemy uprawiać turystykę całymi dniami i nie będzie miał kiedy i gdzie pracować. No właśnie: na pewno wie? A może w jego wizji samego siebie nie ma miejsca na człowieka, który nie pracuje codziennie, który czasem robi sobie przerwę? Te przedmioty, ukryte w torbie, odzywają się uspokajającym szeptem: nadal jesteś sobą.

Załadowana po brzegi torba może być też sposobem na niezapominanie o rzeczach: zamiast przy różnych okazjach pamiętać o spakowaniu kolejnych przedmiotów, ma się je wszystkie zawsze w jednym miejscu, gotowe do zabrania. Mój partner twierdzi, że to właśnie dlatego wszędzie zabiera ze sobą pracową torbę: ma w niej wszystkie ładowarki, papiery, długopisy (których, oczywiście, potrzebuje w górach :)). Ja z kolei mam portfel pełen kart z banków, bibliotek, kawiarni i supermarketów z trzech różnych krajów, bo przepakowywanie go przy każdym wyjeździe oznaczałoby, że muszę zużyć jeszcze więcej umysłowej energii na pamiętanie o rzeczach. Koszt tej wygody jest dosyć wysoki: ciężki, przeładowany portfel, a i pewnie dodatkowe kłopoty, jeśli bym go zgubiła.

Kolejny powód, dla którego wychodzimy z domu uzbrojeni po zęby, tym razem w książki czy telefony z internetem: uciekanie przed byciem ze sobą, ze swoimi myślami, przed “marnowaniem czasu”. Wyjście z domu bez książki albo Kindla za każdym razem budzi we mnie panikę. Co mam robić, jeśli utknę w jakiejś kolejce? Jak to, siedzieć w tramwaju i po prostu patrzeć się przed siebie? Siedzenie i nic nierobienie przed śniadaniem nazywam medytacją i usilnie dążę do wyrobienia takiego nawyku. Siedzenie i nic nierobienie w metrze jest nie do zniesienia i trzeba przed nim uciekać w narracje stworzone przez innych.

Skąd mam na wszystko czas?

Podczas jednej z dyskusji na moich ostatnich wakacjach, w grupie ponad piętnastu trzydziesto(+)latków padło pytanie: kto NIE czuje się zestresowany tym, jak szybko pędzi jego życie i kto nie czuje, że wiecznie ma za mało czasu? Rękę podniosły trzy osoby: moja przyjaciółka, która codziennie medytuje; znajomy, który właśnie zaczął kurs trenera uważności; i ja.

Tym, co różniło nas od reszty osób nie był rodzaj pracy ani warunki życiowe (cała grupa była bezdzietna!). Myślę, że decydujące były dwie techniki przez nas stosowane: moje minimalistyczne podejście do planów i zobowiązań i ich praktyka medytacyjna.

Nawet zakładając zerowe marnowanie minut, i tak nie wystarczy ich w dobie na to, żeby zrobić trzysta różnych rzeczy; można za to spróbować planować tyle, ile faktycznie jesteśmy w stanie zrobić. I temu właśnie podejściu przypisuję mój stosunkowo niski poziom codziennego stresu (który, niestety, rekompensuję sobie martwieniem się w tematach długoterminowych). Czyli: mam na wszystko czas dlatego, że inaczej zdefiniowałam sobie “wszystko”.

Jest mnóstwo rzeczy, za które chciałabym się kiedyś zabrać: bardziej ożywione życie towarzyskie, robótki ręczne, napisanie kilku książek, porządne ogarnięcie sportowej anatomii, dokończenie dwóch rozgrzebanych języków obcych, pieczenie chleba i robienie kimchi. Prawda jest taka, że póki pracuję na cały etat i chcę się codziennie ruszać, każdego dnia realnych jest tylko kilka z tych aktywności, a i to po trochu. Tak samo zresztą jest w pracy.

Wystarczyło zmienić perspektywę w myśleniu o tych pozostałych dwustu dziewięćdziesięciu pięciu rzeczach, których zrobić się nie udaje. Nie mówię sobie: Taka jestem zajęta, nie mam czasu spotykać się ze znajomymi. Mówię: w tym miesiącu wybrałam inne ważne sprawy. Nie mówię: ale jestem zabiegana, nie mam nawet czasu usiąść z książką; przejmuję odpowiedzialność nad swoimi codziennymi wyborami i patrzę na nie jak na wybory właśnie.

Czyli: odzyskiwanie sprawczości, zamiast patrzenia na siebie jak na ofiarę jakiegoś szalonego nurtu. Już sama zmiana nastawienia potrafi zdziałać cuda na stres.

Tutaj dochodzimy też do drugiej taktyki na spokojniejsze i powolniejsze życie: trenowania uważności i skupienia na obecnej chwili. Nie da się wydłużyć godzin w ciągu dnia, ale można spróbować je spowolnić, przeżywając każdą z nich w pełni świadomie. Pamiętasz to zdziwienie, że w dwadzieścia minut można mnóstwo zrobić, o ile tylko jest się stuprocentowo zaangażowanym? Jak długie wydają się trzy minuty spędzone na obserwacji własnego oddechu? Być może dzień spędzany w skupieniu, skoncentrowany na kolejnych chwilach zamiast ciągłego wybiegania myślami do kolejnych zadań, będzie wydawał się dłuższy, spokojniejszy, gładszy.

Jak widać, ten tekst w gruncie rzeczy powinien się nazywać: dlaczego wydaje mi się, że mam na wszystko czas. 🙂 Jasne, że są na świecie świetne metody organizowania się czy pracy nad dyscypliną i warto znaleźć coś, co będzie nam służyło. Sama zmiana nastawienia na spokojniejsze nie rozwiąże wszystkich problemów, ale pokusiłabym się o hipotezę, że może pomóc nam czuć się odrobinę lepiej na co dzień.

 

Czy minimaliści nie mają ambicji?

Ten tytuł to oczywiście totalny clickbait, za co z góry przepraszam. Słowa “minimaliści” użyłam tutaj w dużym uproszczeniu; chodzi mi tutaj o ludzi, którzy próbują dążyć w życiu do pewnej prostoty skrojonej na swoją miarę. Całe to życie slow, w którym odejmujemy sobie zobowiązań, żeby zyskać więcej czasu na robienie tego, na czym nam w życiu zależy. Życie we własnym tempie.

I jakoś tak się składa, że główną osią tego dyskursu o życiu po swojemu i na swoją miarę jest ograniczanie pracy (a może tylko czasu pracy?), organizowanie sobie życia tak, żeby więcej czasu spędzać z ludźmi i na przyjemnościach.

Bo życie takie krótkie.

Bo work-life balance.

A co jeśli robienie rzeczy naprawdę ważnych, albo naprawdę wartościowych, wymaga od nas poświęcenia tej równowagi właśnie?

Nie będziesz wybitnym chirurgiem (ba! żadnym chirurgiem!), jeśli o punkt siedemnasta wychodzisz z pracy, bo teraz jest czas na ważniejsze rzeczy. Nie będziesz popularnym muzykiem, jeśli uznasz, że stabilny związek z partnerem, z którym codziennie w domu jesz kolację, jest twoim absolutnym priorytetem i życie na walizkach nie w chodzi w ogóle w grę. Nawet w moim zawodzie, który zdecydowanie nie należy do hiperwymagających, ludzie poświęcają bardzo dużo z życia prywatnego; późno zakładają rodzinę, często zmieniają miasta i kraje.

Czy powiedzenie sobie: wystarczy; nie będę wybitny, nie będę najlepszy: będę wystarczająco dobry — jest mądrym realizmem, czy brakiem ambicji właśnie? I nie chodzi mi tutaj o porównywanie się z innymi, o próby prześcignięcia innych; raczej o to, gdzie sami sobie chcemy postawić poprzeczkę. Czy naprawdę najlepszym, co możemy ze swoim życiem zrobić, jest szukanie małych przyjemności?

Czy ta własna miara, na którą skrajam życie, musi być mniejsza raczej niż większa? A może powinnam żyć na miarę, do której chcę dorosnąć? Robić coś, co jednak jest większe ode mnie i moich codziennych przyjemności? Albo przynajmniej codziennie próbować?

Czy wszyscy zostaniemy wybitnymi muzykami (naukowcami, przedsiębiorcami, …)? Nie, z definicji nie.
Czy wszyscy mamy szansę zostać wybitnymi muzykami? Nie, jasne, że nie.
Czy wobec tego odpuszczenie sobie dążeń do zostania wybitnym muzykiem jest tak zupełnie spoko?

No właśnie. Niby tak. Ale czy na pewno? W jakim świecie żylibyśmy, gdyby absolutnie wszyscy ludzie mówili sobie: już wystarczy?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w gruncie rzeczy zadaję właśnie pytanie o sens życia, więc odpowiedzi nie ma i nie będzie. Czasem muszę sobie po prostu zamieszać w głowie.

Co robi filozof w Pradze?

To pytanie zadał mi w maju na praskich targach książki Mariusz Szczygieł, kiedy już swoje odstałam w kolejce, a on podpisywał mój sczytany egzemplarz „Gottlandu”.

Moją instynktowną odpowiedzią było: udaje, że rozumie. Niestety, nie udało mi się tej myśli rozwinąć, bo, będąc kompletnie star struck, niespecjalnie byłam w stanie wypowiadać się pełnymi zdaniami. W takim razie odpowiem sobie na to pytanie tutaj, w swoim tempie.

No więc filozof w Pradze udaje, że rozumie. Jak zdecydowana większość osób w zawodzie, jest przekonana, że wszyscy dookoła znają się na wszystkim lepiej, a ona dostała się na te salony chyba z loterii. I już za chwilę się to wyda, i skończy się dobre. Póki się nie wyda, trzeba robić dobrą minę i udawać, że się wie więcej, niż się myśli, że się wie. Bywa to dosyć męczące.

Filozof w Pradze udaje, że wie, o co jej chodzi. Że kolejne artykuły nie wzięły się z absolutnie przypadkowych skojarzeń i całkiem nieprzypadkowej pojęciowej paniki, tylko z Planu i Wizji. Raz na jakiś czas trzeba plan i wizję przedstawić odpowiednim organom, żeby mieć za co żyć, więc stawka jest dość wysoka.

Filozof w Pradze wątpi. Bynajmniej nie w istnienie świata poza umysłem. W siebie wątpi. Jaki jest sens poświęcać długie lata życia oraz nieprzeciętny intelekt na pytania, które nurtują z dziesięć osób na świecie? A odpowiedzi na nie nie będą nawet zalążkiem zalążka rozwiązania problemów pozostałych siedmiu miliardów.

Filozof w Pradze mimo wszystko układa sobie narrację, według której bycie zawodowym filozofem ma jednak jakiś społeczny sens. Narrację o tym, że w ogólnym rachunku potrzebujemy też i tych ludzi, którzy będą żyć w świecie pojęć i tamten świat, a niekoniecznie ten namacalny, czynili lepszym.

Filozof w Pradze zatem stara się świat idei uczynić lepszym. Walczy o jasność i precyzję. O przetrwanie i rozumienie pojęć ważnych, takich jak, ho, ho, prawda i metoda naukowa. O pisanie po coś i dla kogoś. (Blogi za to można pisać wyłącznie dla siebie!)

FIlozof w Pradze żyje w dziwnej bańce, w której comiesięczna pensja w żaden sposób nie zależy od tego, czy i ile się pracowało. Stabilizacja etatowca z całkowitą wolnością człowieka na swoim — ideał? Gdzieś na horyzoncie majaczy myśl, że jak się teraz nie będzie pracować, to za dwa lata nikt nie da kolejnego kontraktu. Ale czym są dwa lata później w porównaniu z wyspaniem się w poniedziałek?

Podejrzewam, że nie różni się to wszystko aż tak bardzo od bycia reporterem w Pradze.